PolskieВаланцёрская дзейнасцьВыступленні, допісы ў фэйсбуку, інтэрв'юНавіныПраваслаўная Царква

Ikony rewolucji białoruskiej: rozmowa z artystką Xishą Aniolawą

Тэалагіня, гісторык, даследчыца, праваабаронца

Read in English Беларуская

Ksenija Anhielava, znana również pod pseudonimem artystycznym Xisha Aniolava. Urodzonа 12 września 1975 w Mińsku. W 1996 roku ukończyła szkołę teatralną Białoruskiej Państwowej Akademii Sztuk Pięknych. Aktorka, prezenterka radiowa i artystka; Xisha, matka dwójki dzieci, maluje od 2011 roku. Prace Kseniji i jej matki Aleny Piatrosava można znaleźć na ścianach kościołów na Białorusi, Ukrainie, w Rosji, Gruzji, Francji, Niemczech i Polsce. Od listopada 2020 Ksenia tworzy portrety białoruskich więźniów politycznych. Mieszka w Warszawie i pracuje jako przewodnik w „Białym Domu” Łazienek Królewskich i kompleksie Pałacowym.

Xisha Aniolava

Xisha, studiowałaś malarstwo ikonowe, pisałeś ikony i freski dla cerkwi, a nawet tworzyłaś mozaiki. Gdzie teraz jest wyświetlana Twoja praca?

— Rzeczywiście, namalowałam wiele ikon dla białoruskich kościołów, uczyłem się w szkole malowania ikon, żeby nauczyć się tej umiejętności. Moja droga zmarła mama Alena Jurjeŭna Piątrosava i ja wspólnie wykonaliśmy mozaiki i freski do kościołów. Była architektką, pracowała z kamieniem, długo jako naukowiec studiowała historię białoruskiej architektury, a potem zaczęła robić mozaiki… Mówiła, że całe jej dotychczasowe życie do tego prowadziło. Razem z mamą tworzyłyśmy wspaniały tandem, który raczej się nie powtórzy i był źródłem wielkiego szczęścia nie tylko dla mnie, ale i dla mojej córki. Cała nasza wspólna praca tworzy dla mnie szczególne wspomnienie. Na przykład całą fasadę kościoła w Rubiażewiczach uzupełniają stworzone przez nas mozaiki. Jest to tylko niewielki kościółek przebudowany z budynku gospodarczego, który stoi nad brzegiem rzeki. Naszą wspólną pracę można znaleźć także w kościołach Ratamka, Rubiaževiče, Novaja Myš, Plisa, Ščarca i kilku innych małych wiejskich kościołach. Tutaj, w Warszawie, malowałem kaplicę w Liceum im. Stanisława Kostki. Wiele ikon namalowałаm na łupku, ponieważ wtedy bardzo dobrze znoszą zewnętrzne warunki konserwacji, co oznacza, że można je eksponować na elewacjach budynków. W pewnym momencie na różnych wystawach i imprezach prawosławnych na Białorusi okazaliśmy się osobami non grata, bo trzymaliśmy się naszego stylu malarstwa, który był bliski lokalnemu [białoruskiemu], a nie podążaliśmy za moskiewskimi trendami w malarstwie ikonowym, które uznano za godne rozpowszechniania.

— Jak białoruska rewolucja 2020 roku wpłynęła na Twoją pracę?

— Tworzenie sztuki jest teraz dla mnie codziennością, w dobrym tego słowa znaczeniu. Po wydarzeniach z 2020 roku malowałаm i tworzyłаm dzieła sztuki, aby poradzić sobie z niepokojem i wstrząsami emocjonalnymi. Te tragiczne wydarzenia skłoniły do działania (jak u Paula Tillicha: „trzeba coś zrobić, bo inaczej popadniemy w rozpacz, z której nie ma wyjścia”). Dla mnie kreatywność jest lekarstwem na rozpacz i bezsilność. Teraz staram się codziennie pracować, bo nie chcę przestać, nie chcę się męczyć. Można odnieść wrażenie, że uruchomił się jakiś silnik, jednak nie jest to zjawisko o charakterze „wiosennym”, lecz o potencjale trwalszym. Poza tym, że teraz mój nastrój twórczy jest raczej stabilny, nic mnie nie przeraża. Tu, w Polsce, jestem już bezpieczna.

— Grożono pani aresztowaniem na Białorusi?

— Nie groziło mi bezpośrednio, ale było wiele sygnałów ostrzegawczych i nadszedł krytyczny moment, gdy stało się jasne, że muszę wyjechać, jeśli chcę mieć pewność, że moje dzieci nadal będą miały matkę. Jestem samotnym rodzicem i na Białorusi jest wiele przypadków opieki nad dziećmi więźniów politycznych.

— Jak zacząłaś malować portrety białoruskich więźniów politycznych?

— Maluję je, bo taką przysięgę złożyłam Bogu, a to już druga taka przysięga w moim życiu.

Po raz pierwszy dałam go po protestach w 1996 roku, kiedy z Białoruskiej Akademii Sztuk wyrzucono utalentowanych artystów z powodów politycznych. Jednym z takich artystów był mój najlepszy przyjaciel Jan Cichanovič. Były to pierwsze protesty przeciwko zamachowi stanu przeprowadzonemu przez Łukaszenkę, który zniszczył republikę parlamentarną na Białorusi. Artyści zostali wówczas dotkliwie upokorzeni, niektórzy zmuszeni byli uciekać z kraju. Jan wkrótce zmarł na wygnaniu, a jego ojciec, Hienrych Cichanovič, z powodu takiej straty szybko opuścił ten świat. Po tej pierwszej fali represji zdecydowałam – skoro Janka [skrócone imię Jana] nie może już malować, to ja będę malować, bo on nie był tylko moim przyjacielem, był też nauczycielem…

I po raz drugi ślubowałam „kontynuować dziedzictwo” po zabójstwie Ramana Bandarenki w 2020 roku. To było tak, jakbym zaczęła czuć się odpowiedzialny za wszystko, co się dzieje, aby wszystko, czego doświadczyliśmy i zrobiliśmy, nie poszło na marne .

Wydaje mi się, że kiedy widzisz naszych więźniów politycznych „twarzą w twarz”, może to wywrzeć na Tobie głębokie wrażenie. Czytamy i słyszymy o naszych więźniach, ale mam nadzieję, że patrząc na portret, będziecie w stanie inaczej spojrzeć na tę osobę na obrazie, ponieważ artystka malując, oddała kawałek swojej duszy i zmieszała ją z osobowość więźnia. Kiedy rysuję, mam nadzieję, że „łańcuch od ciebie do mnie, ode mnie do ciebie” rozszerzy się znacznie dalej. A te łańcuchy są bardzo humanitarne, ponieważ istnieje różnica między czytaniem poezji oczami a widzeniem, jak ktoś ją recytuje.

— Czy jako artyście zawsze był Pani bliski gatunkowi portretu?

— Szczerze mówiąc, nie jestem portrecistką. Najpierw malowałam świętych, ikony, potem zaczęłam malować portrety, a nie na odwrót i cieszę się, że tak to wyszło. Portreciści to ludzie, którzy potrafią dość dokładnie określić charakter danej osoby. Miałam jednak nieco inną wizję lub koncepcję portretowania białoruskich więźniów politycznych, co zacząłem robić w 2020 roku. Ważne było to, że w pewnym momencie pozbyłam się wewnętrznego poczucia „pisz tak, żeby się komuś podobało” » i stało się to dla mnie łatwiejsze. Przecież portrety więźniów nie są portretami w pełnym tego słowa znaczeniu, to „ikony” białoruskiej rewolucji… Jest w nich duża doza artystycznej konwencji.

Nie zawsze wyglądają jak sami więźniowie polityczni — nie widziałam ich osobiście, ale namalowałam ich na podstawie zdjęć, które znalazłam w Internecie, najczęściej były to zdjęcia kiepskiej jakości… To dość utrudniało sprawę zrobić portret podobny do oryginału. Bardzo chciałabym prosić moich bohaterów, aby mi wybaczyli, jeśli widzą siebie inaczej… Dlatego też moje portrety pisane są w tym artystycznym stylu, jest to w pewnym sensie sztuka awangardowa. Moim celem nie jest zapominanie o więźniach, ale przypomnienie o nich wszelkimi dostępnymi środkami… Przed nami zupełnie inne zadania artystyczne, jeśli mamy zacząć porównywać to do klasycznej szkoły portretu. W tym sensie uważam, że to bardzo dobrze, że ja, nie jestem portrecistką, zacząłam malować więźniów.

— Zatem dla Pani malowanie ikon i portretów więźniów politycznych to zasadniczo podobne procesy?

— Malując ikony, zwracasz większą uwagę na swój stan wewnętrzny, uczucia i starasz się uniknąć samozagłady… I bardzo podobnie maluję więźniów politycznych — czasami muszę milczeć, zostać w domu, zostać w pewną cnotę. W ten sposób staję się ich niewerbalnym głosem, technicznym środkiem przekazu ich słów i intencji. Z tej perspektywy procesy te nieco się różnią.

— Jak wybierasz obraz, który chcesz namalować?

— Zaczynając od wyprowadzenia z dostępnych, dostarczonych na temat danej osoby, w przypadku informacji dostarczonych przez ośrodek prawny człowieka „Viasna”. Uważnie dostęp do większej ilości informacji z centrum, ponieważ jego pracownicy/wolontariusze nadal są dostępne w każdym białoruskim mieście. Często rysuję więźniów po procesach, przed procesami lub gdy tylko dotrą do nas jakieś informacje zza krat… Kontaktują się ze sobą także bliscy krewni i przyjaciele więźniowie – na przykład namalowałbym portret więźnia, ale są więcej osób z tymi odniesieniami do dziesięciu sposobów bohaterowie „mówią” mi, kogo jeszcze mam namalować. Ale decyzje podejmuję na miejscu, losowo, brakuje mi wyróżnionego… Dla mnie nie ma mniej i bardziej „ważnych” organów regulacyjnych. Wybieram tych, dla których odczuwam empatię, czynnik ludzki jest tu kluczowy… Potrafią mi zaimponować czyjeś oczy lub ich słowa…. Nie było jeszcze momentu, w którym nie chciałabym namalować kogoś.

— Czy śledzisz twórczość innych artystów białoruskiego ruchu protestu?

— Tak, oczywiście, ale ich praca często bardzo różni się od mojej i nie zawsze mam do nich pozytywny stosunek. Na przykład tej zimy w Warszawie odbyła się wystawa ze stoiskiem z tzw. „wideo pokutnymi”. Nie rozumiem tego, dla mnie to nieetyczne, nie mogłam tego oglądać. Nie rozumiem reżysera Andreja Kurejčka, który teraz kręci serial o wydarzeniach w Akrestinie <niesławnym areszcie w Mińsku>, kiedy od sierpnia 2020 roku nic się nie zmieniło, ani w więzieniach, ani w kraju, w którym nadal żyjemy moment bólu i traumy. Nie rozumiem przekazu tych ludzi. Mój jest zupełnie inny i nie opiera się na pustym szumie.

Czy czujesz więź z ludźmi, których malujesz?

— Wyobraź sobie, że jest osoba, która jest Ci zupełnie obca, ale znasz kolor jej oczu, patrzysz w nią; twój umysł, twoje życie jest przejmowane przez ich cechy. Nie są mi już obce… Wierzę i czuję, że rzeczywiście istnieje jakaś więź, nawet na odległość.

— Kim była osoba, której portret namalowałeś ostatnio?

— Paweł Siewiaryniec. To jednak już trzeci jego portret, który stworzyłam, bo… Paweł to ten Człowiek… A za kratami siedzi już ponad 1000 dni…

— Ilu więźniów już namalowałeś?

— Około 600…? Nie nadążam… W 2020 r., kiedy to się zaczęło, było ich niecałe 100, a teraz jest ich ponad 1500; i to tylko ci, którzy zostali uznani przez robotników „Wiasnej” za więźniów politycznych. Inne stowarzyszenia obrońców praw człowieka, takie jak Dissidentby, mówią o ponad 1750 osobach, ale w rzeczywistości jest ich 3-4 razy więcej, ponieważ o niektórych po prostu nie wiemy. Wiele osób oskarża się o „kryminalne” artykuły „polityczne”, mimo że wszyscy wiemy, że ci ludzie są przetrzymywani w więzieniach, ponieważ przeciwstawiali się reżimowi.

— Czy prototypom udaje się zobaczyć swoje portrety?

— Zależy mi na tym, żeby wiedzieli, że się o nich pamięta, że są malowani… Czasami udaje się przekazać portret nawet „tam” … Często te próby kończą się niepowodzeniem, podobnie jak moja twórczość nie przejść przez cenzurę. Ale czasami moje portrety wydają się być postrzegane jako „rysunki dzieci”, tak często, że łatwiej jest ominąć cenzurę i dotrzeć do więźniów. Rysuję portrety na tapecie, ponieważ w najmniejszym stopniu przypomina to postrzeganie mnie jako czegoś politycznego. Wybrany przeze mnie styl malarski jest jednym ze sposobów pokonywania przeszkód….

— Czy dlatego wybierasz ten materiał [skrawki tapety]?

— Nie tylko to. Zrezygnowałam z białych kartek papieru, aby nasi więźniowie nie byli wspominani na tle szarych drzwi z napisem „Drzwi w normalnym położeniu są zamknięte”, kiedy „skrutki” mogły być z nich wybijane do kamery… Chcemy, żeby zostali zapamiętani na portretach jako szczęśliwi, bez strachu i bólu w oczach. Co więcej, wiemy, że są torturowani za kratkami, warunki przetrzymywania stale się pogarszają i wyglądają zdecydowanie inaczej niż na zdjęciach „przed więzieniem”. To sprawia, że proces „świadczenia poprzez portrety” jest bardzo trudny pod względem emocjonalnym. Jako materiał wybieram tapetę, bo w więzieniach nie ma tapet, są tam monochromatyczne ściany i to właśnie tych ścian więźniowie chcą się najbardziej pozbyć. Dlatego tło ich portretów dodaje tego rodzaju przytulności, życia i kolorów, wesołych wzorów; wszystko, co jest przeciwieństwem więziennej szarości i pozbawionej twarzy rutyny. W więzieniach wszyscy są bezbarwni… Nie mogę bez bólu patrzeć na obrazy, które widzę „stamtąd”. Na przykład twórczość Alisia Puškina po prostu łamie mi serce…

— Czy produkcja portretów na tak masową skalę jest kosztowna?

– Nikt nie zadaje mi takich pytań. Materiały plastyczne dość szybko mi się kończą i nie da się dokładnie wyliczyć, ile ich zostało zużytych. Czasami wspomniana wyżej tapeta czy papier do scrapbookingu jest dostępna za darmo, co jest dla mnie wielką radością, jednak nie zawsze tak jest. Dlatego też, kiedy idę na przykład po chleb i mleko, kupuję także markery i inne przybory plastyczne. Stało się to więc stałym wydatkiem mojego domowego budżetu. Bo to już na porządku dziennym… Już dawno nie liczyłam wydatków na sztukę, więc nie będę się nad tym teraz rozwodzić.

— Dlaczego temat więźniów politycznych jest dla Pani tak ważny? Czy to coś osobistego?

— Mój pradziadek Nikanor Kazimiravič Jaraševič też był więźniem politycznym. Został zniszczony przez ten sam system… Zamordowano także jego ojca i braci… Nie mamy nawet dokładnego miejsca ich pochówku. Po prostu nie mogę milczeć, to jest po prostu niemożliwe… Nie wiem, czy miałabym odwagę nie milczeć, gdybym nie miała w rodzinie przykładu tego bólu… Cierpieliśmy i milczeliśmy już odstulat. Stworzyła się masa krytyczna rodzinnej historii bólu i cierpienia, do której dodano ostatnie wydarzenia na Białorusi, a potem na Ukrainie… Wcale nie jestem osobą odważną ani odważną… Ale moja rodzina jest przykładem siły i odwagi, jakby zostali pozbawieni swoich praw podstawowych. Dlatego teraz cała moja ludzka i chrześcijańska empatia jest zwrócona w tym kierunku. Poza tym to, co robię i robiłam, jest przykładem dla moich dzieci, one widzą, że to jest dzisiaj centrum mojego życia, a nie tylko coś powinno ich martwić. Wierzę, że moja działalność jest sposobem i przykładem, jak odpowiedzieć na to, co dzieje się dziś na Białorusi.

Ніканор Казіміравіч Ярашэвіч, рэпрэсаваны прадзед Ксішы Анёлавай

— Jak zmieniło się Twoje życie od 24 lutego 2022 r., w tym Twoje życie twórcze?

— Zmieniło się całkowicie. Pamiętam film przedstawiający długie łańcuchy sprzętu wojskowego w Mačuliščach [Białoruś] sprzed 24 lutego i jak wtedy płakałem, bo było oczywiste, że to już nie są „ćwiczenia wojskowe”. 24-go obudziłam się o 5 rano i już następnego dnia w Warszawie zaczęli pojawiać się uchodźcy z Ukrainy. Wtedy nie było już czasu o tym myśleć, bo od pierwszego dnia zostałam wolontariuszką.

— Jakiego rodzaju było to przeżycie?

— Przed wojną pracowałam w Wolskim Ośrodku Kultury w Warszawie, głównie z dziećmi białoruskimi. Po rozpoczęciu wojny udało mi się przekonać tamtejszą ludność, że powinniśmy zacząć wspierać przybywające kobiety i dzieci z Ukrainy. Pomalowałam ściany w centrum i pracowałem 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, aby sobie z tym poradzić. Pomieszczenia służyły do przyjmowania uchodźców z Ukrainy. Pomagając im „przemieszczałem się” pomiędzy stacją kolejową a tym ośrodkiem. Ktoś musiał się zakwaterować w Warszawie, ktoś musiał pomóc ruszyć dalej, ktoś, z kim można było rysować, rozmawiać, czy po prostu słuchać, ktoś potrzebował pomocy w poszukiwaniu bliskich… Bardzo wzruszające przeżycie. Poświęciłam temu cały swój czas.

— Jak odebrali Cię Ukraińcy, wiedząc, że jesteś Białorusinką?

— Różnie to wyglądało. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że tu, w Warszawie, można oddać ostatnią koszulę, ale zawsze pozostanie się obcokrajowcem z tego kraju, który wystrzeliwuje rakiety. Warto wiedzieć i jeśli masz wewnętrzne zasoby, to nie narzekać na brak jakiejkolwiek wdzięczności i po prostu dalej pomagać. Przy okazji malowałam portrety ukraińskich uchodźców, trafili na wystawę; i potem nikt mi tych portretów nie zwrócił, zostały zabrane przez ludzi, którzy byli na nich narysowani. Ukraińcy przeżyli głęboką traumę i dlatego im wybaczam i rozumiem ich zachowanie. Dodam, że mam na Ukrainie wielu przyjaciół, z którymi mamy doskonałe relacje, bardzo się wspieramy i rozumiemy.

— Czy nadal pomagasz uchodźcom?

— Tak, ale nie w takiej ilości. Uczę rysować dzieci ukraińskie i białoruskie. Pracuję także z najbardziej bezbronną grupą uchodźców – ukraińskimi dziećmi cygańskimi, które uciekły do ​​Polski i które ze swojej natury nie integrują się dobrze ze społeczeństwem. Najczęściej te dzieci nawet nie chodzą do szkoły.

— O czym marzysz?

— Aby wrócić do domu. Widziałam obrazy Chagalla, Soutine’a i ich nostalgia rezonuje ze mną. Wiem na pewno, że zawsze zobaczę moją rodzinną działkę, mój zakątek z białoruską przyrodą, stanie się to dla mnie marzeniem. Wrócimy. I zacznę rysować całe to piękno – kwiaty, przyrodę, zasłony w oknach, przyjaciół, cóż, cokolwiek. Ale to już po zwycięstwie. Teraz jestem trochę „żołnierzem” i moją bronią jest sztuka… A potem pojadę do Niomania[białoruska rzeka], szukać białych kwiatów lepiężnika, malować dęby i słowika na dębie… Jestem drzewiasta, mam dużo korzenię, wolę zostać w jednym miejscu i nigdzie nie wychodzić. Jestem jak hobbit…

Chciałabym, żeby wojna na Ukrainie szybko się skończyła…

Marzę też o spotkaniu z tymi, których rysuję. Kiedy ukażą się na woli, pomaluję ich ponownie, ale już nie ze zdjęcia i tym razem w inny sposób. Wyobrażam ją sobie jako zupełnie inną galerię z tymi samymi ludźmi, ale już wolnymi.

— Czy to będą portrety na nowych fragmentach tapety?

— Będą to portrety na białych kartkach papieru, które wypełnimy radością i szczęściem.

Prace Xishy Aniolavy można oglądać na jej Instagramie.